Reklama

— Dla siedmiorga krewnych miejsca wystarczy!

Reklama
Reklama

Potem: „No przecież nie wyrzucimy rodziny”.

A w rezultacie ja ze ścierką, a oni z pretensjami.

Zatrzasnął laptop.

— Może po prostu przesadzasz?

— To pojedźmy na faktach — Irina spojrzała mężowi prosto w oczy.

— W zeszłym roku ile razy twoi krewni jedli w tym mieszkaniu?

Aleksiej zamyślił się.

— No… ze sześć. Może siedem.

— Jedenaście, Liosza.

Liczyłam.

Bo za każdym razem po tym żyliśmy na kaszy gryczanej i obietnicach, że „w przyszłym miesiącu będzie lżej”.

Skrzywił się.

— Naprawdę liczyłaś?

— Oczywiście, że liczyłam.

Bo potem to ja muszę kombinować, jak dociągnąć do wypłaty.

Westchnął i przetarł twarz dłonią.

— Dobra. Porozmawiam z mamą.

— Nie „porozmawiasz”, tylko jej wyjaśnisz — powiedziała ostro Irina.

— Na razie delikatnie, po dobroci.

Bo jak nie dotrze — to potem ja wyjaśnię.

I bardzo się obrazi.

Na tym rozmowa się skończyła.

Przynajmniej Irina miała taką nadzieję.

Następne kilka dni minęło spokojnie.

Aż podejrzanie spokojnie.

Irina chodziła do pracy w klinice, odbierała telefony, przyjmowała pacjentów, łapała się na tym, że pierwszy raz od dawna nie czeka wieczoru z niepokojem.

Nawet kupiła małą sztuczną choinkę, postawiła na parapecie i rano zapalała na niej światełka — dla nastroju.

A potem w czwartek, trzy dni przed Nowym Rokiem, zadzwonił telefon.

Na ekranie — „Ludmiła P.”

Irina przewróciła oczami tak, że gdyby to był sport, dostałaby złoto.

— Tak? — odpowiedziała sucho.

— Iroczka, słoneczko — głos teściowej był podejrzanie słodki, aż lepki.

— Słyszałam, że się na nas obraziłaś?

— Nie obraziłam się, pani Ludmiło.

Po prostu przestałam być wygodna.

— Nie trzeba tak… ostro.

Przecież my po dobroci.

Nowy Rok, rodzina, przytulnie, tradycje.

Chcemy się wszyscy razem zebrać… u was.

— Nie.

Milczenie po drugiej stronie zawisło jak ciężka kotara.

— W jakim sensie „nie”?

— W dosłownym.

Nie zamierzam organizować biesiady.

Chcemy z Aleksiejem spędzić ten wieczór we dwoje.

— A Aleksiej wie, że tak postanowiłaś?

— To NASZA wspólna decyzja.

A jeśli powie inaczej — to niech sam gotuje i sprząta.

— Zapominasz się, dziewczyno… — głos stężał.

— To jest mieszkanie mojego syna.

— To jest mój dom.

I nie żyję tu już jak gość.

Zawisł ciężki oddech.

— Zobaczymy, jak zaśpiewasz, jak Aleksiej się dowie, jaka jesteś naprawdę.

— Niech się dowiaduje.

Mam dość udawania grzecznej dziewczynki.

Połączenie się urwało.

Irina wciąż siedziała z telefonem w ręce, serce waliło, ale w środku nagle zrobiło się… spokojnie.

Strasznie — tak.

Ale spokojnie.

Czuła, że to dopiero początek.

I jak na złość, tej samej nocy Aleksiej wrócił później niż zwykle.

Był jakiś spięty, zamyślony.

— Dzwoniłaś do mamy? — zapytał od progu.

— Nie. To ona do mnie.

— No i?

— I powiedziałam „nie”.

Popatrzył na nią już zupełnie inaczej:

— Po co tak ostro?

— Bo jak mówię łagodnie, to nikt mnie nie słyszy.

— Rozumiesz, że teraz będzie awantura?

— Rozumiem, że jeśli nie powiem „stop” — to dalej będą mnie wykorzystywać.

Milczał.

A potem powiedział coś, po czym zimno przeszło jej po kościach:

— Powiedziała, że to nie pierwszy raz, kiedy tak się zachowujesz.

Że kłamiesz mi, manipulujesz i nastawiasz mnie przeciw rodzinie…

Irina powoli podniosła na niego wzrok.

— Słucham?.. — jej oczy się zwęziły.

— To ja kłamię?

To ja manipuluję?

— Powiedziała, że specjalnie ją poniżasz i chcesz mnie skłócić ze wszystkimi…

I właśnie w tej chwili Irina zrozumiała: najgorsze dopiero przed nią.

Bo nie chodzi już o jedzenie ani o święta.

Chodzi o kłamstwo.

O wielkie, lepkie, dobrze zaplanowane kłamstwo.

Zrobiła krok do przodu:

— Aleksiej.

Popatrz na mnie uważnie i odpowiedz szczerze.

Wierzysz mi?

W pokoju zapadła dzwoniąca cisza.

I na to pytanie nie odpowiedział od razu.

A za oknem cicho zapalały się noworoczne światełka… jakby ktoś się z nich nabijał.

Aleksiej stał tak w korytarzu, jakby ktoś go wyłączył i zapomniał z powrotem włączyć.

— Ir… — powiedział w końcu.

— Daj mi pomyśleć.

— Jasne, myśl — odparła spokojnie.

— Tylko wyobraź sobie, że nie jestem twoją żoną, tylko obcą osobą.

I ta obca osoba słyszy, jak twoja matka oblewa ją błotem.

Po czyjej stronie byś stanął?

Powoli zdjął kurtkę, rzucił ją na oparcie krzesła, jakby ten gest miał coś zmienić w powietrzu między nimi.

— Powiedziała, że ukrywasz przede mną wydatki…

Że przelewasz komuś pieniądze…

— KOMU? — Irina nerwowo się roześmiała.

— Bankowi z hipoteką na Bali?

Tajnemu kochankowi z księgowości?

Albo może masonom?

— Nie ironizuj.

Mnie nie jest do śmiechu.

— A mnie jest.

Bo to już nie jest zwykłe bezczelne kłamstwo.

To jakiś tani serial z kiepskim scenariuszem.

Powiedziała ci kwoty, Aleksiej?

Konkret?

— Nie… tylko… że widziała wyciągi.

Że niby przelewasz po piętnaście–dwadzieścia tysięcy.

— Pokaż mi te „wyciągi” — Irina skrzyżowała ręce.

— Bo w aplikacji bankowej widzę tylko opłaty za mieszkanie, jedzenie i czasem coś na życie.

Maksymalnie — manicure, którego, nawiasem mówiąc, nie robiłyśmy od listopada.

Wyjął telefon, poklikał po ekranie, zamarł.

— Mamo, podeślij te screeny, które mi pokazywałaś…

Pauza.

— Nie, teraz.

Jego twarz lekko pobladła.

— Mówi… że potem… że się skasowały.

Irina zmrużyła oczy i zrobiła w jego stronę powolny krok.

— Ty sam rozumiesz, jak bardzo to śmierdzi tanią manipulacją?

— Ir, ona nie mogłaby tak po prostu…

— MOGŁABY — ucięła Irina.

— I robi to.

Bo nie podoba jej się, że nie tańczę przed nią jak tresowana.

Jest jej wygodnie, kiedy milczę i przytakuję.

Ale teraz — koniec.

Usiadł na brzegu kanapy, wpatrując się w jeden punkt.

— To po co jej to?

Po co kłamać?

— Kontrola, Aleksiej.

Musi mieć wszystko pod sobą.

Żebyś ty na pstryk palcami wykonywał, a ja żebym była dodatkiem do kuchni… bez prawa głosu.

Cisza znów zawisła między nimi, ale już nie pusta — lepka, niespokojna.

Irina powoli podeszła do kuchennego stołu, wzięła swój telefon.

— Proszę. Patrz na wszystko.

Po ostatni grosz.

Zaczął przewijać historię operacji.

Długo. Uważnie.

— Tu… wszystko naprawdę na dom… jedzenie… rachunki… — wyszeptał.

— Oczywiście — skinęła spokojnie.

— A wiesz, czego tu jeszcze NIE ma?

Braku przelewów do twojej matki, żeby choć raz jej pomóc.

Braku pieniędzy od twoich gości.

Braku wdzięczności.

Za to dużo ich jedzenia w naszej lodówce, które potem wyrzucaliśmy.

Jego palce zacisnęły się na telefonie.

— Czyli… ona po prostu…

— Po prostu skłamała ci prosto w twarz — dokończyła Irina.

— Żeby nastawić cię przeciwko mnie.

W Nowy Rok.

Uroczo, co?

— Dlaczego? — spytał ponuro.

— Bo przestałam jej się słuchać.

Irina odwróciła się do okna.

Na podwórku dzieci lepiły krzywego bałwana, ktoś odpalał petardy, świeciły girlandy.

Życie toczyło się dalej, jak gdyby nigdy nic.

A w niej samej wszystko było już na granicy.

— Jutro jest trzydziesty pierwszy — dodała.

— I mam do ciebie tylko jedno pytanie, Liosza.

W tego Sylwestra ty z kim jesteś?

Podniósł głowę.

— Co masz na myśli?

— Bardzo proste.

Albo idziesz do mamy jeść to, co ona tam nagotuje, i składać życzenia jej fałszywym gościom, — albo zostajesz tutaj.

Ze mną.

Bez obłudy.

Bez kłamstw.

Wstał.

Podszedł.

— Chcę spędzić go z tobą.

— Nie dlatego, że „tak trzeba”.

Tylko dlatego, że wierzysz mi — powiedziała stanowczo.

Skinął głową.

— Bo wierzę.

Wieczorem trzydziestego pierwszego grudnia w mieszkaniu było cicho.

Bez zbędnego hałasu, bez przymusowych „rodzinnych posiadówek”.

Na stole — lekkie przekąski, mandarynki, butelka wina musującego.

Aby zobaczyć pełną instrukcję gotowania, przejdź na następną stronę lub kliknij przycisk Otwórz (>) i nie zapomnij PODZIELIĆ SIĘ nią ze znajomymi na Facebooku.

Reklama
Reklama