Niektóre wspomnienia z dzieciństwa pozostają z nami na zawsze. Dla mnie takie wspomnienie to bałwany, ślady opon i lekcja, która nie przyszła z kłótni czy podniesionego głosu, ale ze słów dziecka, które rozumiało sprawiedliwość lepiej niż stojący obok niego dorosły.
Zaczęło się od jednej z tych zimowych tradycji, których każdy rodzic pragnie dla swojego dziecka. Taka prosta tradycja. Taka, na którą patrzysz przez kuchenne okno i myślisz: tak właśnie powinno wyglądać dzieciństwo.
Każdego popołudnia po szkole mój syn Nick praktykował ten sam rytuał. Jego plecak lądował na stercie pod drzwiami. Z dramatyczną frustracją zdejmował buty, jakby go osobiście skrzywdziły. Jego kurtka była rozpięta do połowy, a czapka zawsze przekrzywiona. Potem uśmiechał się i ogłaszał imię bałwana, którego chciał ulepić tego dnia, jakby zgłaszał się do pracy.
„Dziś kolej na Winstona” – powiedział, zakładając rękawiczki.
Zawsze budował je w tym samym miejscu. Tuż przy skraju naszego podjazdu, ale ewidentnie na naszej posesji. To miejsce było dla niego ważne. To nie był przypadek. W świecie, w którym dzieciom zazwyczaj mówi się, gdzie mają siedzieć, dokąd iść i co robić, ten mały zakątek ogrodu wydawał się jego.
Każdy bałwan miał imię i osobowość. Jeden uwielbiał filmy science fiction. Drugi był dzielnym strażnikiem, czuwającym nad resztą. Kiedy Nick kończył, stawał z rękami na biodrach, dumny w ten cichy, poważny sposób, jaki posiadają tylko dzieci, gdy starannie coś wyrzeźbią.
Zdjęcie zostało zepsute przez ślady opon.
Aby zobaczyć pełną instrukcję gotowania, przejdź na następną stronę lub kliknij przycisk Otwórz (>) i nie zapomnij PODZIELIĆ SIĘ nią ze znajomymi na Facebooku.