„Nie,” powiedziała stanowczo Vera. „Ja chcę tylko własnej. Jednej rodziny. Dla dwojga ludzi.
I dlatego teraz dokonasz wyboru. Nie między mną a Swietą.
Między życiem dorosłego a życiem pod skrzydłami matki.”
Pozwoliła, by jej wzrok przesunął się po kuchni — ich wspólnej kuchni, która nagle stała się wyłącznie jej terytorium.
„Albo zostajesz tutaj ze mną i od tej chwili o wszystkim decydujemy razem.
Twoja matka, moja matka, nasi bracia i siostry — to tylko goście. Drodzy, kochani, ale goście.
I nikt z nich nie będzie ustalał zasad w tym domu. Albo pakujesz swoje rzeczy teraz i idziesz tam, gdzie zawsze będziesz czuł się dobrze i bezpiecznie.
Do swojej matki. Ze Swietą.”
Umilkła. W kuchni zrobiło się cicho. Nie była to ciężka, dudniąca cisza — po prostu zwyczajna cisza pomieszczenia, w którym nie ma już nic do powiedzenia.
Anton patrzył na nią długo, szukając, jakby próbował znaleźć choć cień blefu, jakąkolwiek szansę na cofnięcie sytuacji. Nie znalazł niczego.
Odwrócił się bez słowa i wyszedł z kuchni. Vera nie poruszyła się.
Usłyszała, jak w sypialni otwierają się drzwi szafy, klikają zamki walizki.
Nie było rzuconych przez ramię oskarżeń, żadnych przekleństw. Po prostu zrobił to, co mu powiedziała. Dokonywał swojego wyboru.
Kilka minut później pojawił się znowu w drzwiach, ubrany, z torbą w ręku. Zatrzymał się na progu.
„Zniszczyłaś wszystko,” powiedział cicho, bez wyrazu.
To nie była groźba ani oskarżenie. Po prostu stwierdzenie faktu z jego własnego świata.
Odwrócił się i wyszedł. Drzwi wejściowe cicho trzasnęły za nim. Vera została stojąc na środku kuchni.
Aromat stygnącego obiadu mieszał się ze smakiem pustki.
Powoli podeszła do kuchenki, wzięła patelnię i wyrzuciła jej zawartość do śmieci.
Nie było już sensu gotować obiadu dla dwojga…