**„Śnieg, w którym mnie zostawił. I bilet, który stał się jego wyrokiem”**
Siergiej rzucił worek z ziemniakami prosto na zaśnieżone deski werandy — jakby chciał w ten sposób podkreślić, że wszystko się skończyło, że rozmowa dobiegła końca. Zimne powietrze natychmiast wsiąknęło w materiał mojego płaszcza, a śnieg cicho skrzypiał pod jego butami.
— Oto drewno i jedzenie. Wystarczy na tydzień, — powiedział sucho, nie patrząc na mnie. — Lecę z Mariną do Turcji. Zabieram dzieci ze sobą.
Mówił tonem osoby, która z góry wszystko postanowiła za innych. Jakby nie chodziło o rodzinę, o żonę i dzieci, lecz o coś tymczasowego i nieistotnego — jak narzędzie ogrodowe lub rzecz, którą można zignorować.
Stałam w progu, ściskając pod pachą skórzaną teczkę. Była ciężka — nie ze względu na wagę, lecz na znaczenie. Siergiej tego nie zauważył. W tym momencie widział tylko siebie.
— Zmieniłem zamki w mieszkaniu! — krzyknął już z samochodu, gdy silnik warknął zirytowanym rykiem.
Na tylnym siedzeniu siedziały Liza i Wania. Liza patrzyła przez okno, trzymając przy sobie pluszowego zająca. Wania ssał róg rękawicy. Niczego nie rozumieli. I to było najstraszniejsze.
Samochód ruszył, koła zakopały się w śniegu, a czarny pojazd powoli sunął wąską, zaśnieżoną drogą leśną, przecinając ciszę zimowego lasu.