Walentyna Pietrowna spuściła wzrok.
— Wie pani co? — uśmiechnęłam się zmęczona.
— Miała pani rację.
— Naprawdę nie pasuję do Artioma.
— Tylko nie dlatego, że jestem żebraczką.
— A dlatego, że on wciąż nie nauczył się stawiać pani do pionu.
— Żegnajcie.
Zamknęłam drzwi.
Godzinę później przyszła wiadomość od Artioma: „Mama powiedziała, że odmówiłaś spotkania. Powiedziała o spadku. Masza, mam gdzieś pieniądze. Kocham cię.”
Usunęłam kolejną, nie czytając.
Miesiąc później spotkaliśmy się przypadkiem na tej samej uczelni.
Artiom był wychudzony, zapadnięty.
Rzucił się do mnie:
— Masza, porozmawiajmy!
— Nie mam kontaktu z matką.
— Wynająłem mieszkanie, mieszkam osobno.
— Artiom — zatrzymałam go — jesteś dobrym człowiekiem.
— Ale wiesz, co zrozumiałam tamtej nocy?
— Twoja matka pokazała mi prawdę.
— Nie o mnie — o tobie.
— Nie obroniłeś mnie.
— Pozwoliłeś jej upokorzyć mnie przy wszystkich, a potem przepraszałeś w wiadomościach.
— Ale ja przecież…
— Odszedłeś od niej?
— A co zrobiłeś w tamtym momencie, kiedy nazwała mnie żebraczką?
— Powiedziałeś „mamo, przestań”?
— Serio?
Milczał.
— Nie potrzebuję mężczyzny, który będzie mnie bronił po fakcie.
— Żegnaj.
Po trzech latach skończyłam uniwersytet z czerwonym dyplomem.
Weszłam w prawa do spadku.
Otworzyłam własną klinikę.
Na otwarcie przyszedł ogromny bukiet róż bez podpisu.
Ochrona powiedziała — przyniósł go mężczyzna około trzydziestki i poprosił, żeby nie podawać nazwiska.
Niektóre mosty lepiej spalić do cna.
Żeby nawet popiół nie przypominał o tym, że kiedyś istniały.